Budżet 50/30/20 - dlaczego prawie nikomu nie wychodzi

Najpopularniejsza reguła budżetowa rozbija się o pierwszy kontakt z czynszem. Co zrobić, gdy potrzeby zjadają 70 procent pensji, i od czego zacząć.

Reguła 50/30/20 brzmi rozbrajająco prosto: połowa dochodu na potrzeby, 30 procent na przyjemności, 20 procent na oszczędności. Problem pojawia się przy pierwszym podliczeniu, gdy okazuje się, że sam czynsz i rachunki to 55 procent, a jedzenia jeszcze nawet nie policzyłeś.

Wtedy większość osób uznaje, że reguła jest nie dla nich, i wraca do braku budżetu w ogóle. Szkoda, bo problemem nie jest reguła, tylko sposób jej użycia.

Skąd wzięły się te proporcje

Podział spopularyzowała Elizabeth Warren i był on pomyślany jako punkt odniesienia, nie norma. Powstał na danych o amerykańskich gospodarstwach domowych, w innych realiach mieszkaniowych i przy innej strukturze kosztów.

W polskich warunkach, zwłaszcza przy wynajmie w dużym mieście albo świeżym kredycie hipotecznym, kategoria "potrzeby" naturalnie przekracza połowę. To nie znaczy, że robisz coś źle. To znaczy, że punkt odniesienia trzeba przesunąć.

Trzy koszyki i granica, która się rozmywa

Podział wygląda tak: potrzeby to mieszkanie, jedzenie, transport do pracy, leki, minimalne raty. Zachcianki to restauracje, subskrypcje, hobby, wyjazdy. Oszczędności to odkładanie i nadpłata długu ponad minimalną ratę. Na co odkładać najpierw, rozstrzygamy w tekście o poduszce bezpieczeństwa.

Cała trudność siedzi w granicy między pierwszym a drugim koszykiem. Samochód potrzebny do dojazdu jest potrzebą, ale już jego wersja wyposażenia zachcianką. Internet to potrzeba, pakiet z trzema serwisami streamingowymi raczej nie.

Nie ma sensu spierać się o pojedyncze pozycje. Ważniejsze, żeby klasyfikować konsekwentnie z miesiąca na miesiąc, bo dopiero wtedy porównania cokolwiek znaczą.

Co zrobić, gdy potrzeby przekraczają połowę

Realistyczne warianty są trzy i żaden nie jest wygodny.

Obniżyć koszty stałe. To jedyna zmiana, która działa co miesiąc bez wysiłku. Tańsze mieszkanie, refinansowanie kredytu czy rezygnacja z drugiego samochodu robią więcej niż rok pilnowania wydatków na kawę.

Zwiększyć dochód. Wolniejsze, ale bez sufitu. Przy wysokich kosztach stałych podwyżka przekłada się na oszczędności niemal w całości, bo potrzeby już są opłacone.

Zmienić proporcje na własne. Jeśli potrzeby to 65 procent, spróbuj 65/15/20. Oszczędności zostają nienaruszone, bo to one decydują o przyszłości, a ścina się przyjemności. Odwrotna kolejność, czyli ratowanie budżetu kosztem oszczędności, to najczęstszy błąd.

Zacznij od obserwacji, nie od limitów

Najczęstsza przyczyna porzucenia budżetu w drugim tygodniu to ustawienie limitów w oderwaniu od rzeczywistości.

Przez pierwszy miesiąc nie ustawiaj nic. Po prostu zapisuj, gdzie idą pieniądze. Prawie zawsze okazuje się, że jedna czy dwie kategorie są dwukrotnie wyższe, niż się wydawało, a inne w ogóle nie mają znaczenia.

Dopiero z tą wiedzą limity mają sens, bo opisują Twoje życie, a nie życie z poradnika.

Jedna liczba ważniejsza niż wszystkie kategorie

Jeśli miałbyś śledzić tylko jedno, niech to będzie bilans miesiąca, czyli przychody minus wydatki.

Kategorie mówią, gdzie idą pieniądze. Bilans mówi, czy w ogóle zostaje ich więcej, niż wydajesz. Można mieć wzorowo poukładane kategorie i systematycznie schodzić na minus.

Trzy miesiące dodatniego bilansu z rzędu znaczą więcej niż jakikolwiek idealny podział procentowy.

Sprawdź to na swoich liczbach

W skieta wydatki i przychody możesz kategoryzować, tagować i przypisywać do sklepów, a wyciąg z banku zaimportować z pliku zamiast wpisywać wszystko ręcznie. W sekcji Budżet zobaczysz bilans miesiąc po miesiącu i trend każdej kategorii, więc od razu widać, która z nich naprawdę rośnie, a która tylko wydaje się problemem.

To zwykle wystarcza, żeby po dwóch miesiącach ustawić limity, których faktycznie da się dotrzymać.

Ten tekst ma charakter informacyjny i nie stanowi porady finansowej.